Hmm. Co by tu napisać w temacie sytuacji, która nas wszystkich dotyka. Czy – miłość w czasie zarazy? Czy złość w czasie zarazy? A może lęk w czasie wymienionej na „Z”? Aż cos we mnie w środku zgrzyta zębami na myśl o tym, żeby uciec się do wygodnych, naukowo potwierdzonych mniej lub bardziej , sloganów w stylu „wszystko jest po Coś”, „nie ma sytuacji bez wyjścia”, czy też oszałamiająco wkurzającego „wszystko będzie dobrze”.
Bo pojawia się we mnie pytanie. Czy to prawdziwe? Czy to na pewno? Czy to pomaga?
I czy osoba, która to słyszy może poczuć się przez to silniejsza? Czy to osłabia, czy to wzmacnia?
I czy w będąc w trybie przetrwania jest szansa aby uszanować własną prawdę i aby było to takie jakie jest. U każdego inne, u każdego różne. Straszne, wkurzające, dezorientujące, zatrzymujące, niszczące, budujące, złoszczące, straszące a czasem leniwie senne. A może mdłe, kwaśne, gorzkie, nie do strawienia, zbyt ciężkie.
Myśląc o osobach, które korzystają z naszej pomocy powiedziałabym tak. I sobie też.
Bądź w tym co jest, zrób na to miejsce, pozwól aby się poruszało, żyło i że może to nie czas aby stawiać sobie zadanie ogarnięcia tematu „Z” w sposób intelektualny i umysłowo poprawny. Choć tak też może być. Że to pomoże. A i bycie w tym co jest tak prosto, po ludzku. Pozwalaniu na przepływ fal smutku, żalu, złości, lęku, spokoju czy protestu. Że to wszystko co pojawia się jako reakcja na zarazę Jest i co możemy zrobić to przyjąć to w pełni. Pozwalać aby było i jeżeli starczy energii to wyrażać to w zgodzie z własnym repertuarem wyrażania, nie robiąc sobie i innym przy tym krzywdy.
Bycie w swoim ciele, w oddechu, w obecności . Może w jakim działaniu albo w nic nie robieniu.
Tak jakbyśmy się znaleźli zupełnie nieoczekiwanie i bez rezerwacji na takiej bezludnej lub ludnej wyspie gdzie jesteśmy pod przymusem, bez uzgadniania tego z nami. I gdzie jesteśmy zmuszeni się zorganizować i że może być i tak ,że po kilku dniach siedzenia i zagryzania nerwowo źdźbła trawy przy brzegu wstaniemy i udamy się w głąb wyspy albo po kawałki drewna na ognisko a może poczujemy ochotę na jakiś owoc. I że do czasu aż nie przypłynie statek pod banderą ”Już po. Minęło”.
To do tego czasu doświadczymy życia na tej wyspie, zbadamy ją, zmierzymy, może oswoimy, a może znienawidzimy albo nawiążemy z nią relacje bezpieczną. Jak z miejscem gdzie jest nam darowany czas , cień, słońce, deszcz, mgła , burza i wiatr. I że z wyspy tej widać być może inne wyspy na których, krzątają się Ludzie.
I tutaj bym się zatrzymała. I to bym powiedziała. Zachowaj własna prawdę. Stań na swojej wyspie. Poczuj grunt pod stopami. Bo on tam jest.
Dziękuję że, mogłam się wypowiedzieć. I jeszcze pewien rytuał plemienny, który bym uprawiała siedząc tam. I który działa nie tylko na wyspie. Ot on.
Robiąc wdech, wiem że robię wdech.
Robiąc wydech, wiem że robię wydech.
Robiąc wdech, widzę siebie jako kwiat.
Robiąc wydech, czuję się świeżo.
Robiąc wdech, widzę siebie jako górę.
Robiąc wydech, czuję się stabilnie.
Robiąc wdech, widzę siebie jako nieruchomą wodę.
Robiąc wydech, odzwierciedlam wszystko takie, jakie jest.
Robiąc wdech, widzę siebie jako przestrzeń. Robiąc wydech, czuję się wolny.
Rytuał pochodzi z książki „Cisza” Tchich Nhat Hanh.
A gdyby na tej wyspie znajdował się telewizor to bym go nie zauważyła. Ale podobno na takich wyspach nie mieszkają telewizory.